Utonąć w ciemności

Przedwczoraj miałem kolejny koszmar. Pamiętam tylko puentę. Wsiedliśmy do samochodu. Wydaje mi się, że przed czymś uciekaliśmy. Nie pamiętam. W samochodzie z nami byli chyba moi teście. Było ciemno (no cóż, w moich snach to raczej standard), jechaliśmy nocą i padał deszcz. Jechaliśmy szybko. Jak na moje to za szybko. Ogólnie panowała pozytywna atmosfera… do momentu, gdy jadąc tak przez tą ciemność w pewnym momencie nie krzyknąłem „Hamuj!”. Ale wszystko działo się zbyt szybko. Przed nami znikąd wynurzył się zerwany most i tabliczka z czaszką na środku drogi. Nie poczułem tego, ale wiedziałem, że toniemy. Nie czułem wody. Nie czułem wilgoci. Nie brakowało mi tlenu w płucach. Ale wokół otaczała mnie ciemność. Najprawdziwsza gęsta i nie rozjaśniona żadnym najmniejszym blaskiem ciemność. Miałem wrażenie, że tonę, ale nie mogłem tego zweryfikować. To tego typu sen, w którym zaciera się granica między snem, a rzeczywistością… nie należą do moich ulubionych. Bowiem nie mogłem stwierdzić, w którym momencie tak naprawdę obudziłem się. Była noc. Była ciemność. Nie byłem pewny nawet, czy nie krzyknąłem przez sen. Zdezorientowany wstałem, wysikałem się, wypiłem szklankę wody i położyłem się spać. Niczym pasażer na przystanku czekałem na kolejny transport, mając nadzieję, że tym razem dowiezie mnie na koniec trasy bez nieprzyjemności.

 

22:22

Nie potrafię dokładnie powiedzieć kiedy to się zaczęło. Myślę, że jakoś 1. klasie liceum. Początkowo nie zwracałem na to uwagi, ale pamiętam dzień kiedy leżąc w łóżku spojrzałem na zegar na ścianie i spostrzegłem śmieszną godzinę – 22:22. Zaczęło to się powtarzać co raz częściej. W pewnym momencie zacząłem zadawać sobie pytanie – może świruję? Może mój mózg tak się już zaprogramował, że robię to odruchowo? Był kiedyś film z Jim’em Carrey’em Numer 23. Pomyślałem, że może mam podobnie? Byłem prawie pewny, że to moja projekcja. Uwierzyłbym w to, gdybym faktycznie zawsze patrzył w ten sam zegar. Ale to zdarzało się patrząc na różne zegary. Raz na komputerze, raz na tym na ścianie. Przed i po zmianie czasu z letniego na zimowy (i vice versa). Kiedyś wstałem w nocy do toalety i idąc zerknąłem na magnetowid (gdzie prawie nigdy nie było prawidłowej godziny…) i tak: 22:22. Nie było to regularnie. Ale wracało. Na studiach miałem kolejny dowód, że to nie jest moja mania – nie zapomnę jak wieczorem zobaczyłem na komputerze 22:22, a następnego dnia rano podjechał po mnie tramwaj linii 2, o numerze bocznym 2222. Nieźle co nie? Wspomniany Jim pewnie już dawno dostałby świra. Ale ja jakoś miałem takie przeczucie, że Ten tam chce coś mi powiedzieć, tylko nigdy nie wiedziałem co. I w sumie nadal nie wiem. Jednak pisząc ten wpis i szukając w wyszukiwarce Liczby w Biblii natrafiłem na stronę z portalu wiara.pl. I co?

„Dwa” – wskazuje na świadectwo bądź też pomoc, wsparcie. Tak rozumiano obecność słońca i księżyca, by się wzajemnie wspierali w oświetlaniu ziemi (Rdz 1,16). Dziesięć przykazań było umieszczone na dwóch kamiennych tablicach. Jezus wysyłał uczniów po dwóch, by byli dla siebie wzajemnie pomocą.

Dla mnie przekaz stał się nagle jasny: W kulturze Judaistycznej powtórzenie czegoś oznaczało spotęgowanie. Np. jak ktoś powiedziałby Cukier cukrów to oznaczałoby polskie cukier nad cukrami, czyli że to jest tak dobry cukier, że nie ma w sobie lepszego. 22 oznacza więc, że to ma być pomoc nad pomocami. Pytanie brzmi czy mam udzielać pomocy czy prosić o pomoc? Dlatego jest 22:22. 2 występuje 4 razy oddzielona dwukropkiem. Jakby Bóg mi odpowiadał od razu: i to i to. Udzielaj wsparcia i pomocy tak dobrze jak tylko jej potrafisz, ale jesteś też człowiekiem (i w dodatku bardzo słabym) – proś więc bardzo mocno o pomoc, bo wiesz, że nie umiesz o nią prosić, a wiesz też, że bardzo mocno jej potrzebujesz, oj bardzo.

Dzięki Ci Boże!

Tego dnia jednego w roku

Tego dnia jednego w roku
Każde dziecko wygląda zmroku
Bo dobrze one wiedzą, że
Prezent przyjdzie – klocki Lego

Radość przeto ogromna na ich twarzach
Gdy ciemnieje za oknem
I śnieg zaczyna padać
Cała rodzina siada do wspólnej wieczerzy
By połamać się opłatkiem
Dzieci z mamą
Tata z dziadkiem

Wtem kolędy się zaczynają
Lulajże Jezuniu wszyscy śpiewają
I o tym jak pastrze
Przybieżeli do Betlejem
Jak Triumfy tego dnia
Panowały na Niebie
Dziadek zanucił z cicha
Podnieś rękę Boże dziecie

W noc, która była licha
Ostatnią pieśnią, którą
Tej nocy zaśpiewano
Było o mądrych tego świata
Którzy przyszli do dziecięcia
Z darami i dobrą radą

Dzieci wyobrażały sobie całą tą scenę
Stajenka taka mała, a tam
Drużyna pasterzy stała
Osły, krowy i woły
Owce, barany i kozy
Nawet kura co właśnie zniosła jajko
A pośrodku tej całej scenki
Boże Narodzenie się dokonało

Słowo Ciałem się stało
Dziecko, które nie było aniołem
Lecz wcielonym jedynym Bogiem
Tak właśnie Miłość Jego się dokonała
W sposób, który nikomu się nigdy nie śnił

Dzieci z zadumy pukanie do drzwi wyrwało
Mama otworzyła, a zimno z dworu zawiało
Postać w czerwonym płaszczu się pojawiła
Uśmiechnęła się szeroko
Prezenty wręczyła
I Wesołych Świąt
Wszystkim domownikom życzyła

 

// moja żona postanowiła zrobić mi niespodziankę i w Mikołajki 2015 postanowiła, że dostanę prezent jak wykonam wszystkie zadania… jednym z zadań było napisanie „wiersza”, który zawierałby nazwy kolęd

Walka

Walka – jakakolwiek by nie była – nie jest łatwa. Wymaga odwagi by stanąć przed wrogiem, by chwycić za broń – a gdy Twoja broń wypadnie Ci z rąk, by ją podnieść. Odwagi do podejmowania nie raz trudnych decyzji. Spytaj chociaż by tego wojownika. Poproś by pokazał Ci swoje rany – nadal krwawiące. Blizny, które przypominają mu jak wróg walczy, gdzie celuje i i z jaką siłą uderza. One będą widniały na jego ciele – niektóre widoczne bardziej, inne mniej. Jednak czasami o nich zapomina. Niech Ci opowie, jak o mały włos popełniłby znów ten sam błąd. Doświadczenia, które zdobył nie da się zmierzyć żadną miarą. Zachrypnięty, lecz zaskakująco kojący i spokojny jego głos. Włosy wyjaśniały od słońca, wymatowiały od deszczu, wyschły od wiatru. Uszy wrażliwe na najdrobniejszy szelest. Wiecznie lekko przymknięte oczy przypominające pochmurne niebo, jakby zmęczone i uśpione – lecz nie daj się zwieść – jest czujny i bacznie obserwuje, wszystko co go otacza. Teraz odpoczywa i czeka, aż nadejdzie nowy dzień.

Ponieważ każdy dzień to kolejna bitwa. Bo życie to wojna. A my jesteśmy powołani do bycia wojownikami, nie niewolnikami.

„Czyńcie sobie ziemię poddaną” (Rdz 1, 28)

Ciąża po raz trzeci

Tym razem Eruru. Jak zawsze ze swoją powagą na twarzy, lecz paradoksalnie z radosnym błyskiem w oczach. Razem z Lucem, za którym ostatnio ugania się i o czym notabene żaliła mi się… w każdym razie co było odmiennego w tym śnie, że tak mi został w pamięci?
Zaszła z nim w ciążę. Tak, na pewno. Poroniła.
Ale… zaszła w ciążę po raz drugi. Od tak. Cudownie. Bez płaczu, bez łez.

Jak zawsze… tak zawsze ona.

Ciąża

Kolejny raz (co najmniej po raz drugi) śniła mi się bliska mi osoba (za każdym razem jest to inna osoba) w… ciąży. Poprzednim razem była to K., tym razem była to A. … dziwne. W tym śnie miasto, w którym się znajdowaliśmy było jakby dmuchane – tzn. budynki były zrobione z takiego materiału jak dmuchane materace, na których pływa się latem po jeziorze. Wszystko było mlecznego koloru. I wśród nich Ona. Jak zawsze uśmiechnięta, rude włosy, zielona koszula, delikatne gesty ciała… i spojrzenie z profilu… brzuszek jakby 5 miesiąc. Byli tam też młodzi mężczyźni, ale pełnili jakby drugoplanowe role. Byli tłem, a było ich chyba z 5ciu. Jednak najdziwniejsze było to… że koncentrowałem się na Niej. Moja podświadomość jakby jej pragnęła… nie. Pożądała. To właściwe słowo. Chciałem ją mieć na własność. Cieleśnie. Ale w rzeczywistości… chyba tego nie czuję.

Co nie zmienia faktu, że ładna dziewczyna, staje się jeszcze bardziej atrakcyjna z brzuszkiem. 😉

KBM

Pierwszy sen o niej miałem dzień po poznaniu jej na PS.net.
Śniło mi się wielkie blokowisko, typowe dla dużych miast – a tak wyobrażałem sobie Tarnów. Jak to rzadko bywa w moich snach… świeciło słońce i niebo miało odcień jasnego błękitu. Szedłem za nią i widziałem tylko jej ciemne blond włosy. Weszliśmy do klatki schodowej, wtem gdy obróciła się… ja się obudziłem.

***

Jakiś czas temu śnił mi się jej chłopak – mimo iż nigdy nie widziałem jego zdjęcia. Powiedział, że Ona jest w ciąży… pewnie dlatego nie rozmawiałem z nią? Ale jest szczęśliwa.

…to ważne.

 

Tornada

Tornada – a raczej trąby powietrzne, pojawiały się w moich snach… kilka razy, tzn. takich, które na dobre pozostaną mi w pamięci są 2… no 3.

Pierwszy:
Siedziałem w swoim pokoju, jednak w domu nikogo nie było. Panowała nienaturalna cisza… cisza przed burzą. Niebo mimo iż było już lekko szarawe, nagle mocniej pociemniało. Podszedłem wtedy do mojego okna, przez które mam widok na nasze podwórko, mur który oddziela owe podwórko od podwórka sąsiadów, oraz kamienicę obok. Nagle wręcz poczułem przez zamknięte okno jak zrywa się wiatr, a zza dachu owej kamienicy zobaczyłem wielką trąbę powietrzną, która wręcz majestatycznie, a za razem agresywnie zaczyna iść wprost w moją stronę. W tym samym momencie odwróciłem szybko głowę, tak aby ktokolwiek w domu mnie usłyszał i krzyknąłem na całe gardło “TORNADO!”. W momencie, gdy odwróciłem głowę (w śnie patrzyłem na siebie od tyłu) widziałem jak trąba powietrzna zaczyna rozrywać ścianę mojego pokoju. Poczułem tą ogromną siłę drzemiącą w tym zjawisku pogodowym.
W tej samej chwili, gdy krzyczałem – przerażony obudziłem się z lekkim potem na czole i zadyszką. Zdałem sobie sprawę, że krzyknąłem na całe gardło przez sen, a echo nadal niosło jakby się po domu.

Drugi:
Był o wiele “spokojniejszy”. Jechałem chyba samochodem – jako pasażer. Patrzyłem przez szybkę przyklejony do okno po prawej stronie pojazdu, na… pustynię – a raczej suchą i wyjałowioną ziemię, która ciągnęła się, aż po horyzont. Niebo nie było ani szare, ani jasne i słoneczne. Było takie… spokojne… spokojne pomimo tego co się działo. A co się działo? Ano po tej równinie – na której stały chyba 2 domki jakby z westernu – szalały… nie to zbyt dosadne słowo… one tańczyły! Tak! Tańczyły, pokazując swoją niezależność, siłę i niepodważalność… trzy trąby powietrzne. Nie zbliżały się do nas, ani nie oddalały, one raczej towarzyszyły nam.

Trzeci sen, niestety co raz słabiej pamiętam – raczej jak przez mgłę. W tym śnie byłem świadkiem, jak nad miastem formował się lejek. Po czym w pełnej okazałości trąba powietrzna dotknęła ziemi i jakby nigdy nic zaczęła zmiatać budynki z powierzchni ziemi.  Nie pamiętam tego zbyt dokładnie… a szkoda.

Nie chcę się bawić w jakiegoś specjalistę, ale mam przypuszczenia, że po części sny te mają źródło w dzieciństwie.
Jak byłem mały i jechałem rowerem obok jakiegoś pola, to widziałem jak kurz i jakieś wysuszone trawy delikatnie zaczynają wirować co raz to szybciej w kółko, tak o. Po prostu. Było lato i było strasznie gorąco. Wiał delikatny wietrzyk. To może mieć powiązanie z drugim snem.
Z pierwszym także zdarzenie z dzieciństwa – bodajże w roku 1997 w Boszkowie w nocy zrodziło się tornado. Nie wiem jak to było – czy przeszło obok Leszna czy jak. Wiem, że obudziłem się w nocy – mama zamykała okna w domu. Nie mogłem zasnąć… ponieważ na zewnątrz szalała niesamowita burza. Do tej pory w życiu nie widziałem gorszej. Wiatr wiał jak szalony, niebo miało kolor fioletowy, a co sekundę rozjaśniało i gasło niczym zepsuta żarówka. Grzmoty zlewały się jakby w jedną ciągłą całość.
Trzeci sen mógł być spowodowany informacją usłyszaną w czasie Wiadomości w telewizji – jak chyba w Lednicy pewnej nocy w centrum miasta zrodziło się trąba powietrzna.

Czy ma to jakieś głębsze przesłanie… ? Nie wiem. Wiem, że zawsze gdy jadę samochodem i patrzę na niebo, z drżeniem serca spoglądam na dziwnie formujące się chmury.